BIOGRAFIA
PUBLIKACJE
KSIĄŻKI
ARTYKUŁY
PRZEKŁADY
PUBLIKACJE ZAGRANICZNE
PUBLIKACJE MULTIMEDIALNE
PROGRAMY TELEWIZYJNE
FILMY
GALERIA ZDJĘĆ
FRAGMENTY NAGRAŃ
Słowo kluczowe:
Szukaj w:
   
 
STRONA GŁÓWNA / PUBLIKACJE / KSIĄŻKI / Pół wieku czyśćca
Pół wieku czyśćca

„Pół wieku czyśćca”, czyli rozmowy z Tadeuszem Konwickim powstały na przełomie wiosny i lata 1984 roku jako efekt kilku długich spotkań, zarejestrowanych na taśmie magnetofonowej. Początkowo celem obu rozmówców było stworzenie zapisu archiwalnego, który mógłby służyć w jako dokument historycznoliteracki, ponieważ pisarz od wielu lat pozostawał na marginesie oficjalnego życia, wyeliminowany przez komunistyczne władze z obiegu literackiego, odsunięty od produkcji filmowej, nieobecny w programach szkolnych i akademickich, usunięty z księgarń, radia, telewizji, encyklopedii i słowników.


W tamtym momencie, w Polsce skutej przez stan wojenny, wydawało się nawet, że z czasem wojskowo-policyjnej władzy uda się sparaliżować opozycję, a pisarze drukujący w podziemiu zostaną całkowicie izolowani od społeczeństwa. Pomysł zatem naszych rozmów był zatem aktem niezgody na wyprowadzenie Konwickiego i jego książek oraz filmów z żywego obiegu kultury, próbą przypomnienia, że – wbrew wysiłkom władz - wciąż istnieje, pisze i myśli.
Już po pierwszych spotkaniach zarówno pisarz, jak i ja, nabieraliśmy przekonania, że w trakcie tych emocjonujących, często elektryzujących dyskusji rodzi się po prostu kolejna polska rozmowa-rzeka. I chociaż żaden z nas nie wyartykułował tego jasno, wraz z upływem czasu coraz większe znaczenie przywiązywaliśmy do ciągłości wątków, dramaturgii, układu materiału i dobitności argumentów. Każdy z nas, na własną rękę, realizował odrębną strategię: Konwicki – autorską, autobiograficzną i konfesyjną, ja zaś – dokumentacyjną, historycznoliteracką i dziennikarską. Tę rozbieżną grę interesów świetnie zresztą później opisał Edward Balcerzan w szkicu Konwicki i Nowicki w Przygodach człowieka książkowego. Kończąc rozmowy, obaj byliśmy przekonani, nota bene znów bez słów, że zarejestrowany na taśmach materiał powinien być natychmiast ewakuowany na papier i opublikowany jako wspólna książka, gdyż stanowi ważne podsumowanie dotychczasowej drogi twórczej Konwickiego, jego mówioną summę; gdyż wyjątkowo celnie diagnozuje nadzieje i lęki okresu rozwlekającego się stanu wojennego; gdyż padają w nim sądy i rozpoznania, które mają wagę historycznego świadectwa. Niebłahe było również przekonanie, że nawet staranne ukrycie tych taśm nie uchroni ich przed tajną policją, co nie było zresztą żadnym wyimaginowanym strachem, ponieważ niedługo po nagraniu naszych rozmów cudem tylko ocalały przed konfiskatą po włamaniu się bezpieki do mojego wynajętego na poddaszu pokoju. Tak zatem koncepcja zdeponowania materiału w uniwersyteckim archiwum w sposób naturalny ustąpiła decyzji spisania ścieżki dźwiękowej i zredagowania książki, co zajęło ok. półtora roku.

Wspominając żmudną i niewdzięczną pracę redakcyjną nad tekstem, czuję się w obowiązku oświadczyć, że Konwicki okazał się w fazie autoryzacji najskromniejszym i najlojalniejszym pisarzem, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. Mając bowiem prawo dokonania wszystkich możliwych zmian w tekście, nie zmienił nawet słowa, ograniczając się wyłącznie do literówek i poprawek stylistycznych, choć są przecież w tej książce liczne miejsca, w których każdy inny pisarz dokonałby radykalnych liftingów. Konwicki wykazał nawet milczącą wyrozumiałość wobec mojego szarogęsienia się w tekście, m.in. przestawiania kolejności wątków i dopisywania pytań w celu sklejenia poprzestawianych akapitów lub dla „podbicia” dramaturgii. Wówczas wydawało mi się to rzeczą absolutnie normalną, jednak dopiero dzisiaj, 20 lat później, po opublikowaniu serii książek „rozmowowych” oraz opracowaniu sporej ilości wywiadów z pisarzami polskimi, potrafię w pełni docenić klasę Konwickiego oraz jego ujmującą niedbałość o własny wizerunek.

Książka ukazała się w 1986 roku, a zatem po dwóch latach od momentu nagrania, pod zaproponowanym przez Konwickiego tytułem, w dwóch oficynach alternatywnych równocześnie: w podziemnym „Przedświcie” oraz w emigracyjnym „Aneksie”. Za radą Konwickiego („po co mają Pana wywalić z uniwersytetu”), została opublikowana pod pseudonimem Stanisława Nowickiego, rozszyfrowanym zresztą natychmiast przez kilku literaturoznawców oraz najbliższych przyjaciół. W cztery lata później, po upadku komunizmu i cenzury, ukazała się raz jeszcze - nakładem „Interimu”. Tym razem również wyszła pod pseudonimem, co wynikało z mojej irytacji przeciwko rytuałowi „ujawniania się” autorów drukujących w niezależnym obiegu, a także z potrzeby „ukarania się” za nie opublikowanie książki w podziemiu pod własnym nazwiskiem. Dziś, po upływie tylu lat i rozszyfrowaniu pseudonimu we wszystkich słownikach i leksykonach literackich, nie ma to już najmniejszego znaczenia, więc IV wydanie ukazuje się pod moim nazwiskiem.

Szczęśliwie dla naszej książki, w grudniu 1984 roku w Studio im. Karola Irzykowskiego w WFD został zrealizowany wybitny film dokumentalny Andrzeja Titkowa Przechodzień, którego kanwą stały się rozważania Tadeusza Konwickiego przed kamerą. Z powodu swojej „niecenzuralności” nie miał szans na pokaz kinowy lub telewizyjny, a więc prezentowany był wyłącznie podziemnie, podczas pół-prywatnych projekcji. Oficjalnie został wyświetlony po raz pierwszy dopiero w listopadzie 1989 roku. Dzięki uprzejmości reżysera, przekonanego o potrzebie udostępnienia przemyśleń Konwickiego jak największej ilości odbiorców, otrzymałem od niego (całkowicie bezinteresownie!) pełny roboczy zapis ścieżki dźwiękowej wraz ze zgodą na wykorzystanie w książce. Pozwoliło to na wkomponowanie w Pół wieku czyśćca sporych partii wyznań pisarza z tego filmu. W książce zostały one oznaczone na zasadzie cytatów przy pomocy nawiasów i cudzysłowów. Za ten gest solidarności pozostaję Andrzejowi Titkowowi niezmiennie wdzięczny.

Ponieważ suchy tok książkowego dialogu nie oddawał w pełni emocjonalnych napięć, a nieraz żartobliwych lub impulsywnych reakcji obu rozmówców, wzbogaciłem tekst o zwięzłe, wtrącone w nawias komentarze, by określić ich zachowania oraz sytuacyjny kontekst.

Książka pełna jest tematycznych nawrotów, retardacji, problemowych przeskoków, dygresji, a przede wszystkim niezliczonych sprzeczności (rzeczywistych i pozornych). Korygowałem je tylko w sytuacjach koniecznych, pragnąc zachować nerwowy, kapryśny, kokieteryjny, zwodniczy, a często kontrapunktowy lub paradoksalny styl myślenia mojego Rozmówcy.

Kształt obecnego wydania nie różni się od poprzednich, mimo że książka być może wymagałaby udoskonaleń lub nawet uzupełnień na temat dwudziestolecia, które upłynęło od daty pierwszej edycji. Niestety Tadeusz Konwicki nie zgodził się na nową wersję rozmów, a mi zabrakło argumentów, by go do tego przekonać. Pisarz uważa tę książkę za zapis historyczny, który – rozbudowywany i zmieniany – straciłby swój charakter, a kompozycja utworu uległaby zachwianiu. Nie jest również wykluczone, co jest tylko moim domysłem, że pisarz uważa atmosferę czasu, w którym rozmawialiśmy, za niemożliwą już dziś do podrobienia. Niepodrabialni zapewne też jesteśmy my obaj z tamtego czasu – starsi o dwadzieścia lat, o przeżyty upadek komunizmu oraz blaski i cienie doświadczanej wolności.

Adiustując tekst do czwartego już wydania, nie umiem oprzeć się jednej refleksji. Podczas rozmów z Konwickim, prowadzonych w mrokach stanu wojennego i atmosferze kompletnego upadku nadziei, pisarz wielokrotnie wprowadzał mnie w zdumienie swoim absolutnym przekonaniem o anachroniczności komunizmu i Związku Radzieckiego, niezłomną pewnością, że stan wojenny jest ostatnim podrygiem systemu, a jego arterioskleroza nieodwracalna. „To imperium jest w stanie agonalnym” – wołał z pasją, a ja słuchałem z niedowierzaniem i rozbawieniem, traktując tego typu diagnozy jak miłą dla ucha fantazję. Tego rodzaju silna wiara się jednak udziela, dodając otuchy i sił. Żywo odczuwali to czytelnicy tej książki, czego otrzymywałem niezliczone sygnały. I oto kilka lat później runął mur berliński, w Polsce władza z opozycją siadły do wspólnego stołu, a czołgi sowieckie opuściły nasze granice. Tego – prawdę mówiąc - nie przewidział nikt. Mylili się wszyscy – politycy, generałowie, uczeni sowietolodzy i artyści. Tylko jeden Tadźka Konwicki – samozwańczy prorok i guślarz z Wileńszczyzny – widział rzeczy trzeźwo, a na dodatek nie zwątpił. Nie wiem, na ile ta książka przyczyniła się do podtrzymania naszej nadziei i wiary, ale mam nieodparte wrażenie, że miała swój udział w naszym budzeniu się do wolności.

Stanisław Bereś

[oryginalna wersja wstępu, w druku skrócona przez wydawnictwo]

 
Stanisław Bereś